Powrót Dynasty Warriors 3 w odświeżonej formie wydawał mi się pomysłem co najmniej osobliwym. Seria dopiero co dostała przecież bardzo potrzebny zastrzyk świeżości w postaci Dynasty Warriors Origins, które udowodniło, że da się jeszcze coś sensownego z tą marką zrobić. Tymczasem Koei Tecmo zamiast iść za ciosem postanowiło spojrzeć wstecz i przypomnieć jedną z najważniejszych, ale też najbardziej archaicznych odsłon całego cyklu. I o ile jako historyczna ciekawostka taki ruch jeszcze da się zrozumieć, tak jako pełnoprawna premiera wypada to co najmniej dyskusyjnie.
Dynasty Warriors 3: Complete Edition Remastered
Największy problem Dynasty Warriors 3: Complete Edition Remastered polega na tym, że jest to remaster bardzo porządny, ale gry, która zwyczajnie źle się zestarzała. Trudno mieć większe pretensje do samego zakresu wykonanych prac. Oprawa została podciągnięta do współczesnych standardów w takim stopniu, w jakim ten projekt w ogóle na to pozwalał, dorzucono szereg usprawnień poprawiających komfort zabawy, a przy okazji zadbano o kilka sympatycznych dodatków dla fanów. Tyle tylko, że wszystkie te poprawki działają wyłącznie na powierzchni. Głębiej wciąż siedzi bardzo surowa, prosta i powtarzalna gra, która już dawno została przerośnięta przez własne następczynie.

To zresztą nie jest szczególnie zaskakujące. Dynasty Warriors 3 było przecież jednym z pierwszych momentów, w których seria zaczęła krystalizować swój najbardziej rozpoznawalny model rozgrywki. Formuła samotnego wojownika przebijającego się przez setki przeciwników dopiero nabierała tu kształtu. Problem w tym, że z dzisiejszej perspektywy widać doskonale, jak bardzo był to dopiero etap przejściowy. Gra nie ma jeszcze rozmachu późniejszych odsłon, nie ma ich różnorodności, ich tempa ani ich skali. To bardziej fundament niż pełnoprawny, dojrzały projekt.
W praktyce oznacza to, że główny tryb Musou bardzo szybko zaczyna męczyć. Wybieramy oficera, przechodzimy kilka etapów, oglądamy zakończenie i ruszamy dalej, odblokowując kolejne postaci. Przy ponad czterdziestu bohaterach i ograniczonej puli map taka struktura błyskawicznie zamienia się w mechaniczne odhaczanie zawartości. Nie pomaga fakt, że gra nie oferuje tu żadnej kampanii z prawdziwego zdarzenia, która mogłaby nadać temu wszystkiemu większy ciężar czy bardziej angażującą formę. Jest po prostu sucho, prosto i bardzo powtarzalnie.


Owszem, Complete Edition dorzuca do tego pakietu także zawartość z Extreme Legends, więc formalnie mamy tu więcej niż samą podstawkę. Dochodzą dodatkowe historie wybranych oficerów, nowe scenariusze wyzwań i parę pobocznych opcji, które rozszerzają ofertę. Problem polega jednak na tym, że nie zmienia to zasadniczego obrazu całości. To wciąż ten sam szkielet, który nie jest w stanie udźwignąć współczesnych oczekiwań. Dodatkowe tryby istnieją głównie po to, by odrobinę rozciągnąć czas spędzony z grą, a nie po to, by realnie ją wzbogacić. Wyzwania są tylko dodatkiem, Versus pozostaje ciekawostką dla lokalnej zabawy, a tryb swobodny służy przede wszystkim do wzmacniania postaci. Wszystko to brzmi poprawnie, ale niewiele z tego wynika.
Znacznie lepsze wrażenie robi już sama warstwa techniczna. Przeniesienie gry z czasów PlayStation 2 na Unreal Engine 5 brzmi może jak przesada, ale finalnie wyszło z tego odświeżenie całkiem sensowne. Oczywiście nie ma co liczyć na żaden technologiczny popis ani wizualny fajerwerk. To nie ten typ projektu. Mimo wszystko całość prezentuje się schludnie, działa stabilnie i przez większość czasu nie sprawia wrażenia zrobionej po kosztach. Nie natknąłem się też na żadne poważniejsze błędy, więc pod względem czysto użytkowym trudno zarzucać temu wydaniu fuszerkę.

Najbardziej skorzystały na liftingu modele postaci. To właśnie tutaj widać największy skok jakościowy. Bohaterowie prezentują się znacznie lepiej niż w oryginale i bez problemu można dostrzec próbę zbliżenia ich poziomu do tego, co seria pokazała niedawno w Origins. Jednocześnie twórcy nie zaczęli przesadnie majstrować przy ich wyglądzie, więc nie ma mowy o żadnym radykalnym przepisywaniu tożsamości tych postaci. Jeśli pojawiają się zmiany, to mają raczej charakter kosmetyczny i nie zaburzają ducha oryginału. Da się też zauważyć poprawki w animacjach, choć akurat tutaj wieku gry nie udało się ukryć. Ruch postaci bywa sztywny, a całość momentami przypomina, że pod nową warstwą farby nadal kryje się bardzo stara konstrukcja.
Jeszcze ciekawiej wypada kwestia dźwięku, bo tutaj zdecydowano się pozostawić oryginalne nagrania. W przypadku muzyki nie mam z tym większego problemu. Te utwory wciąż mają w sobie ten specyficzny, lekko tandetny, ale jednocześnie bardzo charakterystyczny klimat początku lat dwutysięcznych. Gorzej z głosami postaci. O ile z perspektywy nostalgii można traktować je jako część uroku tamtych czasów, o tyle z perspektywy współczesnego odbioru brzmią one po prostu źle. Dubbing jest nierówny, często niezamierzenie komiczny, a sposób wymawiania wielu imion i kwestii potrafi momentami zgrzytać aż do bólu. Domyślam się, że decyzja o zostawieniu tych nagrań wynikała z oszczędności albo zwykłego braku sensu inwestowania w pełne odtworzenie dialogów. Rozumiem to, ale nie zmienia to faktu, że jest to jeden z tych elementów, które najmocniej przypominają, z jak starym materiałem mamy do czynienia.


Na szczęście Omega Force nie oparło całego tego projektu wyłącznie na sentymencie. Do gry trafiło sporo usprawnień, które realnie poprawiają komfort zabawy. Sterowanie jest bardziej responsywne, kamera sprawia mniej problemów, a walka dostała kilka przydatnych narzędzi, które czynią ją mniej toporną. Pojawiły się rozwiązania pokroju idealnego uniku czy bloku, pozwalające płynniej reagować na sytuację na polu bitwy. Do tego dochodzi cały zestaw mniejszych ulepszeń, które dziś wydają się czymś zupełnie naturalnym, ale w przypadku gry z takim rodowodem naprawdę robią różnicę. Co istotne, większość tych zmian można wyłączyć, jeśli ktoś koniecznie chce obcować z możliwie surową wersją tego doświadczenia. Osobiście nie widzę w tym większego sensu, ale dobrze, że taki wybór istnieje.
Widać też, że twórcy próbowali dorzucić coś od siebie poza samym zestawem technicznych poprawek. Pojawia się więc Ziluan znany z Dynasty Warriors Origins, są dodatkowe stroje inspirowane modelami z epoki PS2, jest trochę fanserwisu skierowanego do ludzi, którzy z tą serią spędzili lata. To akurat uważam za plus, bo dzięki takim drobiazgom ten remaster nie sprawia wrażenia całkowicie bezdusznego odgrzania starego produktu. Problem w tym, że sympatyczne dodatki nie są w stanie zamaskować najważniejszej rzeczy: pod spodem nadal mamy grę, która działa dziś głównie jako ciekawostka.

I chyba właśnie tak najlepiej ją traktować. Nie jako wielki powrót klasyka, nie jako coś, co ma jeszcze realnie konkurować z nowszymi odsłonami, ale jako eksponat. Odtworzony, odświeżony i wystawiony za szybką z dopiskiem: „tak to się kiedyś zaczynało”. Jako remaster Dynasty Warriors 3: Complete Edition Remastered broni się całkiem nieźle. Jako współczesna gra — już zdecydowanie mniej. Jeśli ktoś chce tu szukać czegoś więcej niż nostalgii, historycznego kontekstu i czystej ciekawości, to raczej się rozczaruje. Bo choć Omega Force zrobiło sporo, by ten powrót miał ręce i nogi, to pewnych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć. A jedną z nich jest fakt, że Dynasty Warriors 3 pozostaje dziś przede wszystkim szkicem serii, która dopiero później nauczyła się naprawdę imponować.
Kod do recenzji dostarczył wydawca gry.




