Star Wars: Galactic Racer (PS5)

Nie spodziewałem się, że akurat wyścigówka osadzona w świecie Gwiezdnych wojen okaże się jedną z najmilszych niespodzianek roku. Zwłaszcza że mówimy o marce, która w grach przez długie lata sprawiała wrażenie pechowej. Ile razy już było tak, że wielka licencja, duże nazwiska i głośna kampania marketingowa kończyły się co najwyżej średnim produktem? Dlatego tym bardziej bawi mnie, że 2026 rok pokazuje coś zupełnie odwrotnego: najlepsze rzeczy w tym uniwersum wcale nie rodzą się dziś tam, gdzie budżety puchną do granic absurdu. Najpierw bardzo dobre Star Wars Zero Company, a teraz Star Wars: Galactic Racer — gra od studia Fuse Games, złożonego z byłych pracowników Criterion.

Star Wars: Galactic Racer - okładka

Star Wars: Galactic Racer

Deweloper: FUSE Games
Wydawca: Secret Mode
Data premiery: 6.10.2026
Platformy: PC, PS5, Xbox Series X|S

I właśnie to ostatnie od początku budziło we mnie mieszane uczucia. „Byli twórcy Criterion” brzmi świetnie tylko do momentu, aż człowiek przypomni sobie, ile razy podobne hasła miały działać jak gwarancja jakości, a kończyły się co najwyżej rozczarowaniem. Po Three Fields Entertainment nauczyłem się, żeby do takich obietnic podchodzić z dystansem. Zwiastuny Galactic Racer wyglądały coraz lepiej, to fakt, ale dobrze zmontowany trailer nie zrobi jeszcze dobrej gry. Na szczęście tutaj za marketingiem rzeczywiście coś stoi. Fuse Games nie tylko dostarczyło tytuł kompetentny, ale też taki, który naprawdę potrafi dać frajdę i bardzo szybko przypomina, za co kiedyś tak łatwo było pokochać Burnouta.

I tak, to właśnie Burnout jest tutaj kluczowym punktem odniesienia. Nie dlatego, że ktoś bezmyślnie zerżnął parę pomysłów i przykleił je do kosmicznych pojazdów, ale dlatego, że Galactic Racer naprawdę rozumie, na czym polegał tamten rodzaj ekscytacji. Pęd, agresja, balansowanie między kontrolą a nieuchronną katastrofą, potrzeba grania odważnie, wręcz bezczelnie — to wszystko tu jest. Nie miałem wielkiej ochoty wierzyć opiniom, że oto dostajemy duchowego spadkobiercę Burnouta w świecie Star Wars, bo już nie raz podobne porównania brzmiały lepiej, niż wypadały w praktyce. Tym razem jednak nie są przesadzone. Model jazdy jest czysto zręcznościowy, daje się opanować szybko i nie stawia niepotrzebnych barier, ale jednocześnie zostawia sporo miejsca na szlifowanie umiejętności. Pojazdy suną z odpowiednią lekkością, drift bardzo szybko wchodzi w krew, a prędkość, jaką potrafią osiągać, naprawdę robi robotę. Co ważne, sterowanie nie walczy z graczem, tylko wspiera ten pęd.

Nie znaczy to jednak, że mamy do czynienia z prostą, bezmyślną arcade’ówką, którą przechodzi się na autopilocie. Wręcz przeciwnie. Tory są pełne przeszkód i elementów otoczenia, o które można się rozbić praktycznie w każdej chwili, a przeciwnicy — zwłaszcza na wyższych poziomach trudności — nie mają zamiaru grzecznie ustępować miejsca. Trzeba ich spychać, przeciskać się, ryzykować. Każda planeta dorzuca też własne utrudnienie. Raz silnik potrafi zamarznąć, jeśli nie zadbamy o odpowiednią temperaturę, innym razem środowisko błyskawicznie niszczy części i sabotuje nasz zestaw pasywnych umiejętności. To nie są ozdobniki wrzucone dla urozmaicenia opisu na pudełku. Te mechaniki naprawdę wpływają na sposób jazdy i wymuszają czujność. Dzięki temu kolejne wyścigi nie zlewają się w jedną, monotonną masę.

Zresztą sama struktura gry bardzo skutecznie broni się przed monotonią, bo Galactic Racer nie próbuje być klasyczną ścigałką. I to jest chyba jeden z największych atutów tej produkcji. Zamiast bezpiecznego schematu kampanii, osobnych prób czasowych i typowego systemu odblokowywania kolejnych turniejów, twórcy postanowili wrzucić do wszystkiego rogalikowy szkielet. Brzmi podejrzanie? Dla mnie też na początku brzmiało. Dzisiaj roguelite’a da się znaleźć wszędzie i często bywa to mechanika doczepiona na siłę, bardziej z obowiązku niż z potrzeby. Tutaj jednak ma to sens, bo odświeża sam fundament ścigania. Każde podejście do Ligi ma w sobie napięcie, bo stawka jest realna. Porażka boli. Trzeba zaczynać od nowa. Jednocześnie każda kolejna próba zostawia coś po sobie — trochę postępu, trochę wiedzy, trochę lepsze przygotowanie na następny run. W efekcie gra nie zamienia się w nudny maraton kolejnych torów, tylko w system, który stale zachęca do jeszcze jednego podejścia.

Sam punkt wyjścia fabularnego nie jest specjalnie skomplikowany, ale wcale tego nie potrzebuje. Wcielamy się w Shade’a, zawodnika z przeszłością, który trafia do Galaktycznej Ligi i ma do wyrównania rachunki z Kestarem Boolem — bogatym, antypatycznym mistrzem, z którym łączy go dawna relacja. Cała ta historia działa głównie jako pretekst do ścigania, ale spełnia swoją rolę wystarczająco dobrze. Co ważniejsze, twórcy nie zapchali gry głównymi twarzami znanymi z filmów. I bardzo dobrze. To właśnie dzięki temu Galactic Racer oddycha własnym powietrzem. Zamiast kurczowo trzymać się Skywalkerów, Jedi i reszty pierwszego planu, sięga po bardziej poboczne rejony uniwersum. To podejście odświeżające, bo pozwala budować klimat Gwiezdnych wojen bez ciągłego podpierania się najbardziej wyeksploatowanymi symbolami marki.

W kampanii liczy się przede wszystkim droga przez kolejne wydarzenia w Lidze. Są zwykłe wyścigi, są pojedynki jeden na jednego, są eliminacje i próby czasowe. Awansujesz dalej tylko wtedy, gdy dowozisz odpowiedni wynik, a każda porażka oznacza utratę jednego z żetonów. Kiedy skończą się wszystkie, wracasz na start. To rozwiązanie może dla części graczy okazać się brutalne, ale ja kupuję tę filozofię. Właśnie dlatego stawka w Galactic Racer jest odczuwalna. Właśnie dlatego końcówki bolą, jeśli coś pójdzie nie tak. Twórcy rozsądnie zbalansowali jednak poziom łatwy, więc można na nim bez większych frustracji oswoić sterowanie, zrozumieć działanie umiejętności i dopiero później podkręcać poprzeczkę. Normal od początku? Niby można, ale podejrzewam, że część osób odbije się od gry szybciej, niż zdąży docenić jej najlepsze elementy.

Całość wzbogacono przy tym o system rozwijania pojazdu w trakcie runów. Za zdobywane kredyty kupujemy kolejne aktywne zdolności, pasywki i tymczasowe podbicia statystyk, co nadaje każdej próbie trochę inny charakter. Dochodzą do tego sponsorzy, zadania poboczne i dodatkowe modyfikatory odblokowywane w miarę postępów. To właśnie te drobiazgi sprawiają, że nawet przy ograniczonej liczbie planet trudno mówić o nużącej powtarzalności. Lokacji nie ma przesadnie dużo, ale zostały dobrze wykorzystane. Na każdej czuć nieco inny charakter jazdy, inne zagrożenia i inny rodzaj presji. Gra nie próbuje oszukać gracza sztucznie pompowaną zawartością, tylko rozsądnie przetwarza to, co ma.

Bardzo podoba mi się też sposób, w jaki Fuse Games obeszło się z umiejętnościami. W wielu wyścigówkach takie dodatki są tylko gadżetem, z którego korzysta się od święta albo zupełnie bezmyślnie. Tutaj stanowią jeden z filarów zabawy. Osłony, autopilot, działko jonowe, impulsy przyspieszenia — wszystko ma konkretne zastosowanie, a odpowiednie użycie potrafi zdecydować o wyniku rywalizacji. Co więcej, umiejętności przygotowuje się przed wyścigiem za pomocą prostej minigierki. Pomysł sam w sobie jest całkiem fajny, bo buduje napięcie przed startem i dodaje jeszcze jeden element do opanowania, choć przy dłuższych sesjach bywa lekko męczący. Nie nazwałbym tego wielkim problemem, raczej drobnym zgrzytem w skądinąd bardzo dobrze działającym systemie. Ignorowanie tych mechanik szybko się zresztą mści, bo bez sensownego zarządzania aktywnymi zdolnościami, dopalaczem i silnikiem odrzutowym trudno tutaj myśleć o zwycięstwach.

Poza kampanią jest jeszcze trochę zawartości dla tych, którym wciąż będzie mało. Osobne historie kierowców, dodatkowe wyzwania, śrubowanie czasów na z góry ustalonych trasach i oczywiście multiplayer. Zwłaszcza tryb wyzwań potrafi pokazać pazur, bo zdobywanie najlepszych rezultatów wymaga już naprawdę precyzyjnego opanowania tras i mechanik. Tutaj nie wystarczy improwizacja ani przypadkowy dobry przejazd. Co do sieciowej części gry, nie zamierzam udawać, że przetestowałem ją tak, jak powinienem, bo warunki przedpremierowe na to zwyczajnie nie pozwoliły. Mimo wyznaczonych godzin działania serwerów trudno było spotkać innych graczy, więc uczciwie mówię: na razie nie mam podstaw, by ferować definitywne wyroki w sprawie jakości kodu sieciowego.

Na osobny akapit zasługuje techniczna forma gry, bo ta jest zwyczajnie imponująca. Kiedy dziś słyszę „Unreal Engine 5”, odruchowo zakładam, że za chwilę pojawi się stuttering, jakieś losowe przycinki albo inne atrakcje wpisane we współczesny krajobraz premier. Star Wars: Galactic Racer okazuje się pod tym względem niemal anomalią. Gra działa płynnie, nie chrupie przy doczytywaniu, nie gubi rytmu i nie sprawia wrażenia, jakby była sklejana na ostatniej prostej. Jeszcze lepsze jest to, że ta dobra kondycja techniczna nie została okupiona bylejakością wizualną. Wręcz przeciwnie. Kraksy wyglądają znakomicie, efekty świetlne robią swoje, a planety są bardzo charakterystyczne. Nawet miejsca teoretycznie mało wdzięczne wizualnie, jak Jakku, mają tu odpowiednią siłę i klimat.

Nie mam też zastrzeżeń do dźwięku. Muzyka dobrze współpracuje z tempem zabawy i nie gubi przy tym gwiezdnowojennego DNA. Odpowiednio wybrzmiewają pojazdy, dobrze wypadają eksplozje, otarcia i wszelkie elementy budujące wrażenie prędkości oraz kontaktu z otoczeniem. Szczególnie dobrze słychać to na słuchawkach albo porządnym nagłośnieniu. Nawet polskie napisy wypadają solidnie, co warto odnotować, bo lokalizacje w grach nadal potrafią wykładać się na rzeczach podstawowych. Tutaj dialogi zachowują charakter postaci, a opisy mechanik nie powodują niepotrzebnego chaosu.

Najbardziej imponuje mi jednak to, że Galactic Racer nie jest tylko „fajną grą na licencji”. To nie jest produkcja, którą chwali się wyłącznie dlatego, że tym razem nikt niczego spektakularnie nie zepsuł. To naprawdę bardzo dobra ścigałka, która broni się sama, nawet gdy odrzuci się logo Star Wars. Oczywiście miło czuć w tym wszystkim ducha pierwszego Epizodu, skojarzenia z Tatooine i ten charakterystyczny kosmiczny sznyt, ale sedno tkwi gdzie indziej. Fuse Games zrobiło grę, która wie, czym chce być, i potrafi dowieźć tę wizję bez rozmieniania się na drobne.

Czy to najlepsza tegoroczna gra w tym uniwersum? To już zależy od preferencji. Jeśli ktoś bardziej ceni taktykę niż prędkość, pewnie wskaże Zero Company. Ja jednak nie mam problemu z tym, by uznać Star Wars: Galactic Racer za jedną z najprzyjemniejszych niespodzianek roku i jedną z najlepszych gier spod szyldu Star Wars od bardzo dawna. Czuć w niej Burnouta, czuć miłość do wyścigowego szaleństwa z dawnych lat i czuć, że ktoś naprawdę miał pomysł, jak połączyć to z realiami tej marki. Miałem wobec tej gry duże oczekiwania, ale Fuse Games nie tylko im sprostało. Ono po prostu dostarczyło coś lepszego, niż zakładałem.

Podziel się:
Paweł Musiolik
Paweł Musiolik

Przez lata prowadziłem serwis PS3Site.pl/PSSite.com. Aktualnie znajdziecie mnie gościnnie m.in. na Gry-Online.pl i dziale rozrywkowym Allegro.

Artykuły: 117

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *