Ace Combat 8: Wings of Theve (PS5)

Przez długie lata seria Ace Combat funkcjonowała trochę jak sekret wtajemniczonych. Ci, którzy ją znali, cenili ją za jakość, widowiskowość i unikalny klimat, ale szersza publika pozostawała raczej obok. Dopiero wejście marki w erę szóstej generacji konsol i działalność Project Aces sprawiły, że cykl zaczął być kojarzony szerzej, choć i tak jeszcze długo nie potrafił wskoczyć na poziom pełnoprawnego mainstreamu. Bandai Namco próbowało to zmienić na różne sposoby — z różnym skutkiem. Ace Combat 6 nie stało się wielkim przełomem, Assault Horizon poszło w stronę, która wielu fanom do dziś nie leży, a Ace Combat Infinity ostatecznie przepadło wraz z modelem, na którym oparto jego istnienie. Tak naprawdę dopiero Ace Combat 7 otworzyło tej serii drzwi do znacznie większej popularności. Nic więc dziwnego, że wobec Ace Combat 8: Wings of Theve oczekiwania były po prostu ogromne.

Ace Combat 8: Wings of Theve - okładka

Ace Combat 8: Wings of Theve

Deweloper: Project Aces
Wydawca: Bandai Namco
Data premiery: 02.10.2026
Platformy: PC, PS5, XBox Series X|S

Na wstępie muszę od razu zaznaczyć jedną rzecz. Gra oferuje tryb multiplayer i twórcy zapowiadali, że względem poprzedniej części zostanie on wyraźnie usprawniony. Problem polega na tym, że nie miałem jak tego sprawdzić. Serwery w czasie ogrywania dostępne były łącznie przez 4 godziny w czasie, gdy nie mogłem z tego skorzystać, więc cały segment sieciowy pozostaje dla mnie znakiem zapytania. Skupiam się więc wyłącznie na kampanii dla jednego gracza.

To, co w Ace Combat 8 zrobiło na mnie bardzo dobre pierwsze wrażenie, to sposób wyważenia całości. Bardzo często, gdy jakaś marka próbuje szerzej otworzyć się na nowych odbiorców, kończy się to spłyceniem mechanik, uproszczeniem rozgrywki i zgubieniem charakteru. Tutaj nic takiego nie nastąpiło. Mam wręcz wrażenie, że twórcom udała się sztuka wyjątkowo trudna — stworzyli grę, do której bez większego bólu mogą wejść świeżsi gracze, a jednocześnie nie odebrali serii tego, co zawsze definiowało ją dla weteranów.

Na normalnym poziomie trudności kampania rozwija się bardzo naturalnie. Początek nie przytłacza, ale też nie usypia. Później wyzwanie rośnie w sposób czytelny i uczciwy, bez irytujących ścian, które miałyby nas zatrzymać wyłącznie po to, by wydłużyć zabawę. Czasowe ograniczenia narzucone na misje istnieją, jednak w praktyce dużo ważniejsze okazuje się zachowanie kontroli nad sytuacją. Kiedy na ogonie siedzą nam wrodzy piloci, z dołu bije obrona przeciwlotnicza, a kolejne rakiety próbują dobrać się do kadłuba, nagle przestaje się myśleć o liczniku, a zaczyna wyłącznie o przetrwaniu i skuteczności. I właśnie wtedy Ace Combat 8 pokazuje pazur.

Duże znaczenie ma też przygotowanie do lotu. Nie wystarczy po prostu wziąć ulubioną maszynę i ruszyć przed siebie. Trzeba myśleć o klasie samolotu, uzbrojeniu i tym, jaką rolę w danym zadaniu ma spełniać nie tylko nasza maszyna, ale też sprzęt towarzyszy lecących u naszego boku. Równie istotne jest sterowanie. Klasyczny model daje dużo więcej swobody i nagradza tych, którzy chcą nauczyć się samolotu naprawdę porządnie. Uproszczony wariant pozwala szybciej wejść do gry i obniża próg wejścia, ale okupione jest to mniejszą mobilnością i ograniczonym zakresem manewrów. Na normalu nie stanowi to wielkiego problemu, ale przy wyższych poziomach trudności różnica zaczyna mieć już realne znaczenie.

Twórcy dorzucili też kilka zmian, które sprawiają, że pierwsze godziny z grą są nieco mniej wymagające niż dawniej. Działko sprawia wrażenie bardziej użytecznego, bo łatwiej nim pracować podczas walk powietrznych, a flary dają większy margines bezpieczeństwa. Nie oznacza to jednak, że Ace Combat 8 zamieniło się nagle w lekką zręcznościówkę. Po prostu początek drogi jest odrobinę mniej brutalny. Gdy podbijemy sobie poziom trudności, gra bardzo szybko przypomina, że latanie tutaj nadal trzeba po prostu umieć.

Największa siła Ace Combat 8 leży dla mnie w tym, jak bardzo ta gra potrafi wciągnąć w samą strukturę misji. Już od samouczka, który zresztą można pominąć, czuć, że nie mamy do czynienia z produkcją, która chce długo rozstawiać pionki na planszy. Szybko dostajemy stery do rąk i zaczynamy wykonywać zadania, które z misji na misję robią się coraz bardziej złożone, bardziej widowiskowe i zwyczajnie bardziej ekscytujące.

Z początku są to cele dość standardowe: zestrzelenia, osłona określonych obiektów, kontrola przestrzeni. Z czasem robi się jednak znacznie ciekawiej. Raz przeprowadzamy natarcie na okupowany teren, innym razem rutynowy rekonesans nagle przeradza się w pełnowymiarową walkę z nieprzyjacielskimi eskadrami. Powracają też te elementy, które fani serii uwielbiają od lat, czyli chociażby misje nastawione na totalną anihilację wroga i jak najwyższy wynik punktowy w określonym czasie. To zawsze był jeden z najbardziej satysfakcjonujących typów zadań i tutaj również robi świetną robotę.

Prawdziwy szczyt emocji przychodzi jednak wtedy, gdy gra rzuca nas przeciwko ogromnym celom stanowiącym centralny punkt danej operacji. W takich momentach Ace Combat 8 wchodzi na ten poziom widowiska, dla którego ludzie kochają tę markę. Kamera, tempo akcji, muzyka i sposób budowania napięcia składają się wtedy na coś, co naprawdę potrafi przycisnąć do fotela. Kampania nie ogranicza się wyłącznie do zaliczania kolejnych misji. Bardzo ważnym elementem jest tutaj system ocen i nagród. Im lepiej wykonujemy zadanie, im szybciej działamy i im więcej przy okazji zniszczymy, tym większe profity zabieramy ze sobą po powrocie. A te przekładają się bezpośrednio na rozwój naszego zaplecza — zakup kolejnych samolotów, ulepszeń i nowego uzbrojenia.

To wszystko ma sens, bo różnice między maszynami nie są tu tylko papierowe. Jedne sprawdzają się przede wszystkim w walce powietrze–powietrze, inne stanowią rozsądny kompromis, a jeszcze inne najlepiej czują się wtedy, gdy trzeba zrównać z ziemią cele naziemne. Skoro bardzo często nie lecimy sami, to warto mieć w hangarze sensowny przekrój dostępnych konstrukcji. Gra przed startem sugeruje, czy nasz zespół prezentuje wystarczającą siłę do danego zadania, ale traktowałbym to raczej jako podpowiedź niż ostateczny wyrok. Jeśli ktoś dobrze czuje system walki, potrafi nadrobić sporo samymi umiejętnościami.

Samolotów jest dużo i na szczęście nie są wrzucone do gry wyłącznie dla ozdoby. Obok dobrze znanych, realnych konstrukcji pokroju F-22A Raptora, F-16C, F-14D Super Tomcata, A-10C Thunderbolt II, różnych Su, MiG-ów, Typhoona, Rafale’a czy Gripena znajdziemy też maszyny fikcyjne, zaprojektowane specjalnie na potrzeby tego świata. Część z nich pozostaje poza zasięgiem na początku zabawy, bo zwyczajnie brakuje nam na nie funduszy, a niektóre wymagają dodatkowo ukończenia kampanii. I bardzo dobrze, bo dzięki temu jest do czego dążyć. Gdy w końcu przesiadamy się na wyraźnie lepszy sprzęt, od razu czuć, że było po co oszczędzać.

Jeżeli ktoś zna tę serię, to wie, że jej narracja od dawna żyje na pograniczu militarnego dramatu, politycznego napięcia, patosu i tej charakterystycznej, lekko przesadzonej nuty, która tak dobrze współgra z konwencją. Ace Combat 8 nie ucieka od tej tożsamości, ale mam wrażenie, że całość została podana odrobinę poważniej niż zwykle. Nie oznacza to rzecz jasna skrętu w stronę Assault Horizon. Spokojnie — Strangereal nadal pozostaje Strangereal.

Tym razem trafiamy w środek konfliktu między FCU a Republiką Sotoa, a sytuacja jest już na tyle zaogniona, że trudno mówić o klasycznym początku wojny. Jesteśmy raczej przy jej krytycznym momencie, kiedy przewaga jednej ze stron została brutalnie podbita dzięki wykorzystaniu potężnej broni znanej jako Włócznia Tonitrus. To właśnie na tym tle rozwija się historia protagonisty, który wbrew pozorom nie jest żadnym legendarnym asem z miejsca wpisanym do podręczników. Wręcz przeciwnie — to ktoś, kogo propaganda dopiero próbuje ulepić na symbol. Tytułowy Wings of Theve staje się narzędziem budowania nadziei dla resztek FCU, bardziej projektem wizerunkowym niż gotową legendą.

Ten motyw wypada zaskakująco dobrze. Zwłaszcza że twórcy bardzo mocno opierają go na manipulacji przekazem, social mediach, sztucznej inteligencji i sterowaniu tym, jak ludzie mają odbierać rzeczywistość. Nie wiem, czy był to celowy komentarz do współczesności, ale trudno nie zauważyć, jak trafnie to wszystko wybrzmiewa.

Najmocniej i tak działają relacje pomiędzy członkami oddziału Joker. To one nadają kampanii ludzki wymiar. Postacie stopniowo odsłaniają się przed Rexem, a my coraz lepiej rozumiemy ich motywacje, lęki i sposób patrzenia na konflikt. Do tego dochodzą starcia z przeciwnikami, których dowódcy — jak to w Ace Combat bywa — potrafią dodać całej historii odpowiedniego ciężaru. Być może nie jest to jeszcze ten absolutny poziom ikonicznej rywalizacji, jaki pamiętamy z relacji Ciphera i Pixy’ego, ale i tak trudno mi mówić o rozczarowaniu. Zwłaszcza że opowieść rozpisano aż na 30 misji i przez większość czasu potrafi utrzymać zainteresowanie.

Ace Combat od dawna ma jedną wielką przewagę nad wieloma konkurentami: umie sprzedawać samo uczucie przebywania w przestworzach. Ósma część tylko to potwierdza. Modele samolotów wyglądają znakomicie, a do tego bardzo przyjemnie pracuje na odbiór fakt, że w trakcie walk widać na nich ślady zużycia, zabrudzenia i uszkodzeń. To drobiazg, ale dobrze buduje wrażenie uczestniczenia w czymś intensywnym.

Świetnie wypadają także chmury. To jeden z tych elementów, które nie tylko robią wrażenie jako część krajobrazu, ale też realnie wpływają na atmosferę lotu. Wlatywanie w gęste warstwy, krople osiadające na kokpicie, lekkie obmarzanie maszyny przy odpowiednich warunkach czy efekty burzowe — wszystko to składa się na bardzo sugestywną wizję powietrznych bitew. Także postacie prezentują się bardzo dobrze w scenkach przerywnikowych, choć oczywiście nie one są tutaj najważniejsze. Jeśli miałbym wskazać element wizualny odstający od reszty, byłyby to detale naziemne. Tylko że szczerze mówiąc, trudno mi robić z tego większy problem w grze, która i tak skupia nasz wzrok gdzie indziej. Trochę żałuję, że nie pojawił się system dynamicznej pogody zmieniającej się w czasie rzeczywistym w obrębie pojedynczych misji. Z drugiej strony rozumiem, dlaczego twórcy postawili na większą kontrolę nad konkretnymi scenami i ich dramaturgią. Co ważne, od strony technicznej całość działa bardzo solidnie. Nie trafiłem na żadne poważniejsze błędy, nie odczułem problemów z płynnością i ani razu nie miałem wrażenia, że gra rozsypuje się pod własnym ciężarem. Jak na dzisiejsze standardy to naprawdę duży plus.

Nie da się mówić o Ace Combat bez zatrzymania się przy muzyce. Ta seria od lat korzysta ze ścieżek dźwiękowych nie jako dodatku do akcji, ale jako jej pełnoprawnego współtwórcy. To właśnie dzięki muzyce wiele misji wgryza się w pamięć na lata. W Ace Combat 8 ten element nadal działa bardzo mocno. Za najważniejszą część soundtracku odpowiada duet Ryo Watanabe i Mitsuhiro Kitadani, wspierany dodatkowo kompozycjami Keikiego Kobayashiego. I choć podczas słuchania łatwo wychwycić różnicę względem niektórych starszych odsłon, nie odbieram tego jako wady. Jest tu mniej gitarowego uderzenia, mniej bezpośredniego ataku na zmysły, a więcej orkiestralnego rozmachu, bardziej stonowanego napięcia i pracy chóru. To po prostu trochę inny kierunek.

Nie znaczy to jednak, że soundtrack zawodzi. Wręcz przeciwnie — nadal kapitalnie współgra z tym, co dzieje się na ekranie. Po prostu nie próbuje kopiować najlepszych momentów z przeszłości. A że dla mnie nadal punktami odniesienia pozostają Zero i The Unsung War, to już zupełnie osobna sprawa. Niewykluczone zresztą, że z czasem i tutaj znajdę utwory, które wrosną we mnie równie mocno. Bardzo możliwe, że Everflow ma na to papiery.

Po około dwudziestu godzinach spędzonych z Ace Combat 8: Wings of Theve mogę uczciwie powiedzieć, że to jedna z tych gier, przy których człowiek po prostu dobrze się bawi i nawet nie zauważa upływu czasu. Kampania wessała mnie bez reszty, a całość dowiozła praktycznie na każdym froncie. Fabuła trzyma poziom, gameplay jest znakomicie skrojony, oprawa wizualna robi robotę, a muzyka ponownie okazuje się jednym z filarów całego doświadczenia.

Najbardziej imponuje mi jednak to, że Bandai Namco i Project Aces nie poszli drogą łatwych kompromisów. Zamiast spłaszczyć serię, żeby zyskać nowych odbiorców, udało im się ją otworzyć bez rozmieniania na drobne tego, co od lat przyciągało fanów. Dla kogoś takiego jak ja — stojącego gdzieś pomiędzy świeższym graczem a kimś, kto zdążył już dobrze poznać DNA tej marki — to naprawdę świetna wiadomość.

Pozostaje jedynie znak zapytania przy multiplayerze, którego nie mogłem sprawdzić. Ale nawet gdyby czarny scenariusz się spełnił i tryb sieciowy okazał się ostatecznie najsłabszym elementem pakietu, to i tak nie zmieni faktu, że kampania dla jednego gracza broni się znakomicie. A to dla mnie w Ace Combat nadal jest najważniejsze.

Kod do recenzji otrzymałem przed premierą od wydawcy.

Podziel się:
Paweł Musiolik
Paweł Musiolik

Przez lata prowadziłem serwis PS3Site.pl/PSSite.com. Aktualnie znajdziecie mnie gościnnie m.in. na Gry-Online.pl i dziale rozrywkowym Allegro.

Artykuły: 115

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *