Aliens: Fireteam Elite 2 to sequel gry, która już przy premierze sprawiała wrażenie tytułu żyjącego głównie dzięki marce Obcego. Kontynuacja poprawia kilka elementów, ale nie rozwiązuje najważniejszego problemu serii: nadal jest to strzelanka boleśnie przeciętna, wtórna i pozbawiona własnej tożsamości. Nawet wśród kooperacyjnych shooterów trudno znaleźć tu coś, co rzeczywiście wyróżniałoby produkcję Cold Iron Studios.
Aliens: Fireteam Elite 2
Największą zmianą względem pierwszej części jest przejście z drużyny trzyosobowej na czteroosobową. W teorii oznacza to większe możliwości taktyczne i lepsze wykorzystanie klas. W praktyce niewiele się zmienia, bo większość graczy i tak stawia na postacie ofensywne, a medyk pozostaje rolą, której mało kto chce się podejmować. Nowa klasa Specjalisty daje trochę swobody, ale nie wpływa znacząco na ogólny obraz rozgrywki.
Sama zabawa działa najlepiej w kooperacji, szczególnie ze znajomymi, choć matchmaking na normalnym poziomie trudności też daje radę. Co ważne, z grą poradzą sobie również osoby grające solo, bo boty wypadają lepiej niż w poprzedniczce. Nadal jednak nie są szczególnie błyskotliwe w rolach wspierających, więc samotna rozgrywka bywa najwygodniejsza wtedy, gdy to my przejmujemy leczenie drużyny.

Na plus wypada system rozwoju klas i broni, który pozostaje jedną z mocniejszych stron serii. Zdobywamy doświadczenie, rozwijamy wyposażenie i modyfikujemy umiejętności za pomocą znanego już układu „klocków”. To rozwiązanie wciąż daje poczucie budowania własnego stylu gry i dobrze, że twórcy nie próbowali go na siłę psuć.
Znacznie gorzej prezentuje się fabuła. Kampania trwa około sześciu–siedmiu godzin i po raz kolejny opiera się na najbardziej ogranych motywach z uniwersum: sygnał SOS, eksperymenty Weyland-Yutani, Ksenomorfy, Syntetycy i obowiązkowe sięganie po

