Przez długi czas nie wiedziałem, jak zacząć recenzję prawdopodobnie jednej z najważniejszych gier tej generacji konsol. Kocham serię Final Fantasy i wiele jestem w stanie wybaczyć grom spod skrzydeł Square Enix. Stranger of Paradise jest dla mnie cichym hitem ubiegłego roku, a i w trylogii Lightning jestem w stanie znaleźć dużo dobrego.
Jednak z Final Fantasy XVI mam problem. Nie jestem w stanie uciec od wrażenia, że całemu światu gra się podoba, tylko ja wraz z nieliczną grupką ludzi narzekam. Może niepotrzebnie. Jednak będąc szczerym ze samym sobą, ostateczny kształt Final Fantasy XVI mnie zawiódł. Na tyle, że przez moment po głowie chodziła mi myśl przyklejenia etykiety największego zawodu growego ostatnich lat. Opinia, patrząc po głosach większości, kontrowersyjna. Jednak bliska moim odczuciom.
Oh, coś Ty mi z tą „szesnastką” zrobił Yoshida…
Od czasów premiery Final Fantasy XIV: A Realm Reborn miałem Naokiego Yoshidę za kogoś, kto dobrze wie, co definiuje serię Final Fantasy. Gość nie tylko przywrócił do świata żywych gigantycznego flopa w postaci oryginalnej FF XIV, rozwinął go też na tyle, że tytuł jednym tchem wymieniany jest wśród najlepszych odsłon, mimo faktu, że to gra MMORPG. Mniej lub bardziej zgrabne odniesienia do poprzednich odsłon pozwalały budować nowy, jednak pełen znanych nam elementów świat.

Przy Final Fantasy XVI stało się jednak coś złego, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Yoshida zbyt mocno zapatrzył się w zachodnią popkulturę, zakładając, że poszerzenie grona odbiorców marki Final Fantasy musi pójść właśnie w tym kierunku. Inspiracja Grą o Tron wcale nie musiała oznaczać niczego złego, wręcz przeciwnie — poważne potraktowanie kreacji świata i postaci wydawało się solidną podwaliną do stworzenia czegoś świeżego, zwłaszcza po Final Fantasy XV. I paradoksalnie, przedpremierowe zapowiedzi zostały tutaj przynajmniej częściowo zrealizowane.
Bohaterowie „szesnastki”, zwłaszcza główny bohater Clive, wraz z jego najbliższymi (brat Joshua, przyjaciółka z dzieciństwa Jill), są bardzo dobrze napisani, podobnie jak poboczni bohaterowie, którzy często wychodzą przed szereg i grają pierwsze skrzypce. Idealnym przykładem będzie tutaj Cid, którego czas antenowy w tej produkcji nie jest zbyt duży, jednak błyskawicznie zapada w pamięć i sprawia, że aż chce się oglądać wszystkie scenki z nim w roli głównej.


Niestety, część historii związanych z bohaterami oddelegowano do wątków pobocznych, które po pierwsze, wybijają z tempa rozgrywki, po drugie — często ograniczają się do biegania po mapie, zbierania pierdół i czytania dialogów, a po trzecie — prześlizgują się po bohaterach byle jak, ignorując ich backstory, co w wielu wypadkach aż prosi się o rozwinięcie. Zresztą podobnie jest ze światem Valisthei, który na pierwszy rzut oka zachwyca, jednak im bardziej zaczynamy się w niego zgłębiać, tym częściej zauważamy wyrobniczą makietę, za którą nic konkretnego nie ma. Historia świata potraktowana po łebkach, lokacje, najczęściej małe miasteczka, robione na jedno, zachodnie kopyto. Gdy już trafiamy do potencjalnie interesującego miejsca, to zabawimy w nim na chwilę, skacząc od jednego pomieszczenia do drugiego.
Gdy widzę porównania do Final Fantasy XII, kiwam głową z lekkim zwątpieniem, zastanawiając się, czy dane osoby w ogóle „dwunastkę” na oczy widziały, czy znają ją tylko z opowieści. Opus Magnum Yasumiego Matsuno oferowało fantastycznie wykreowany świat, ze zróżnicowanymi rasami, architekturą i designem lokacji. Final Fantasy XVI tutaj niestety nie dowozi i nawet gdy zaczynamy porzucać stylistyczną Grę o Tron na rzecz bardziej klasyczne

