Gekido: Urban Fighters

Tak, wiem, Gekido nawet nie należy do pierwszej dziesiątki beat ’em’ upów z piątej generacji konsol. Niemniej mam do tej produkcji pewną niewytłumaczalną słabość, która sprawia, że zdarzało mi się raz za jakiś czas odpalić ten tytuł, przejść go w niecałe dwie godziny i zostawić. Włoskie studio NAPS poza Gekido nie zrobiło później tak rozpoznawalnej gry, co może być lekko zaskakujące. Wracając do samego Gekido, dostajemy prostą, chodzoną mordoklepkę z kilkoma dosyć oklepanymi archetypami postaci, których design idealnie pasował do lat 90., a dzisiaj niektórych może lekko oburzać (Gdzie mi tu z wysportowanymi i seksownymi kobietami?! Dawać mi tu kaszalota z zielonymi włosami.). Coś jeszcze? Graficznie wygląda to w porządku, muzycznie Gekido chciało być mocno edgy i to się deweloperom udało, jest cringe’owo, prosto i dosyć agresywnie. Co w sumie mi ostatecznie wystarczało.
Hogs of War

90% społeczeństwa na imprezach domowych w czasach PlayStation odpalało Wormsy, hipsterzy wyjmowali płytę z pudełka, na którym widniał hełm wraz z napisem Born to grill. Infogrames dostarczyło absolutnie jedną z najważniejszych gier mojego dzieciństwa. Antropomorficzne świniaki żywcem wyjęte z 1 Wojny światowej zostały rzucone na pole walki i dostały trójwymiarową mapę, pojazdy, bunkry i spory arsenał do czynienia sobie wzajemnie krzywdy. Jeśli ktoś określi Hogs of War mianem Wormsów ze świniami, to nie pomyli się nawet o milimetr. Infogrames wzięło sprawdzoną rozgrywkę i przygotowało ją po swojemu. I w moim odczuciu wyszło to znakomicie, znacznie lepiej niż późniejsze odsłony Wormsów w trójwymiarze. Hogs of War nie mogłoby istnieć w dzisiejszych czasach. Każda ze stron konfliktu ocieka wręcz stereotypami — Rosjanie, Amerykanie, Brytyjczycy, Japończycy, Francuzi i Niemcy. Każda ze świń jest chodzącym stereotypem o danym kraju. Do tego dochodzi jeszcze jedna strona konfliktu, moja ulubiona Team Lard, którą dostawaliśmy po ukończeniu kampanii lub wpisaniu kodu. Zgadnijcie, co częściej było u nas wybierane. Poza standardowymi trybami dla wielu graczy dostajemy też kampanię, która nie dość, że oferuje sporo misji, to jest wyjątkowo trudna, zwłaszcza w ostatnich misjach, gdzie jeden błąd kosztuje nas zwycięstwo. Szkoda, że zapowiadana w 2008 roku kontynuacja nigdy nie zobaczyła światła dziennego.
Jade Cocoon: Story of the Tamamayu

Nintendo ma swoje Pokemony, Sony nie ma nic. Japoński gigant jak w wielu przypadkach zdaje się na zewnętrznych deweloperów, którzy w mniej lub bardziej udany sposób próbowali od zawsze uszczknąć sobie nieco rynku przy popularnych grach. Jade Cocoon od zawsze było dla mnie taką mniejszą wersją Pokemonów na PlayStation. Ekipa Genki (tak przy okazji, to mieli świetne logo) wzięła pomysł łapania stworków, przeniosła go w trójwymiar, dołożyła do tego nieco poważniejszy i doroślejszy design potworów, dzięki czemu uniknięto szerszych oskarżeń o chamskie kopiowanie tego rozwiązania. To, co zapadło mi w pamięć przy Jade Cocoon: Story of the Tamamayu to po pierwsze podtytuł gry, którego przez lata nie potrafiłem wymówić prawidłowo. Po drugie — klimat gry, gęściejszy niż w Pokemonach, co było miłą odmianą. Po trzecie — możliwość łączenia ze sobą potworów, przez co dostawaliśmy ich ciekawsze i mocniejsze wersje. Całość oparto na żywiołach, dzięki czemu system parowania stworów był dosyć rozbudowany. Oczywiście na PlayStation znajdziecie mnóstwo lepszych RPG-ów, ale i tak warto Jade Cocoon dać szansę.
Kula World

Tak bardzo, jak nie przepadam za grami logicznymi, tak Kulę World pokochałem od momentu zagrania w wersję demonstracyjną z płyty Demo One, którą dołączano do konsol PlayStation. Rozgrywkę oparto o proste zasady — musimy dostać się do wyjścia z planszy, kierując plażową piłką. Całość utrudniona jest przez ograniczony czas oraz (im dalej w las) przeszkody na planszy (kolce, rozsypująca się podłoga) oraz coraz to bardziej skomplikowany design plansz, które wymagają od nas myślenia przestrzennego, zabawy grawitacją i umiejętności analizowania naszych ruchów. Czeka na nas ponad setka plansz (w tym bonusowe, do których z czasem ciężko się dostać), opcja zabawy w dwie osoby i ogromne replayability. Speedruny gry wymagają szlifowania ruchów i odpowiedniego planowania, ale tzw. gameplay loop to wynagradza. Kula World w fizycznej wersji jest rzadkim widokiem, a co za tym idzie — drogim wydatkiem. Na szczęście bez problemu kupimy cyfrową wersję w PS Store za drobniaki. Uwierzcie na słowo — warto nawet dzisiaj.
Legacy of Kain: Blood Omen

Jeśli ktoś nazywa się graczem i nie zna serii Legacy of Kain, powinien się wstydzić. Zanim na świat przyszło Legacy of Kain: Soul Reaver, które po dziś dzień zawstydza inne gry świetną historią i niesamowitym klimatem, dostaliśmy pierwszą, nieco zapomnianą grę w uniwersum. Blood Omen daje podwaliny pod cały świat Nosgoth, pozwala nam poznać Kaina i los, jaki został nad nim przypieczętowany. Historia może nie jest aż tak dobra, jak w Soul Reaverze, ale to nadal absolutny top, jeśli chodzi o gry fabularne. Ekipa Silicon Knights postawiła na prezentowaną z góry grę akcji, w której przemierzamy Nosgoth, walcząc nie tylko z demonami, ale też ludźmi, którzy chcą zabić Kaina — byłego szlachcica, który został przemieniony w wampira przez tajemniczego Mortaniusa. Blood Omen oferuje przynajmniej kilkanaście godzin gry, mnóstwo sekretów i historię ze zwrotami akcji, której nie zapomnimy na lata. W tej beczce miodu niestety jest łyżka dziegciu — wydanie na PlayStation z racji napędu CD oferuje koszmarnie długie czasy wczytywania. Do tego musimy dołożyć także licencyjne piekło, przez co gry w cyfrowej wersji niestety nie kupimy na żadnej z platform (PC lub PSX).



