Onimusha: Way of the Sword (PS5)

Sposób, w jaki działa obecnie Capcom, to gotowy materiał na podręcznik dla całej branży. Japończycy to dziś prawdziwa fabryka hitów – i nawet jeśli po drodze zaliczą drobne potknięcie (jak przy Monster Hunter Wilds), natychmiast wracają na szczyt. Nie minęło dużo czasu, odkąd dziewiąta część Resident Evil zgarnęła owacje na stojąco, a już dostajemy kolejnego kandydata do miana arcydzieła: Onimusha: Way of the Sword.

Onimusha: Way of the Sword - okładka

Onimusha: Way of the Sword

Deweloper: Capcom
Wydawca: Capcom
Data premiery: 4.09.2026
Platformy: PC, PS5, Switch 2, Xbox Series X|S

Od premiery Dawn of Dreams minęły dwie dekady, więc obawy o to, czy seria odnajdzie się we współczesnych realiach, były w pełni uzasadnione. Na całe szczęście twórcy nie poszli na łatwiznę i nie zrobili z gry kolejnego klona Dark Souls. Zamiast tego na nowo zdefiniowali markę, zachowując jej ducha i dostarczając produkt wręcz pozbawiony wad. To wymagająca, ale niezwykle satysfakcjonująca produkcja, która daje graczowi ogromną swobodę w eliminowaniu wrogów.

Zacznijmy od tego, co rzuca się w oczy już na początku – fenomenalnej kreacji głównego bohatera. Wszyscy pamiętamy twarze Jeana Reno czy Takeshiego Kaneshiro z poprzednich odsłon. Po bezimiennych eksperymentach w Dawn of Dreams, Capcom wraca do korzeni. Za pełną zgodą rodziny zmarłego Toshirō Mifune, to właśnie zdigitalizowany wizerunek tego legendarnego aktora stał się twarzą Miyamoto Musashiego. I nie chodzi tu tylko o wygląd! Przeniesiono jego specyficzną mimikę, gestykulację i charyzmę. Musashi w tej grze to absolutny majstersztyk: pewny siebie, nieco nonszalancki szermierz, który potrafi rozładować gęstą atmosferę trafnym żartem. Grając, ma się wrażenie uczestniczenia w interaktywnej wersji najlepszych filmów z Mifune.

Znakomity protagonista potrzebuje odpowiedniego tła, a tu scenariusz błyszczy równie mocno. Główny antagonista – tajemniczy mężczyzna w bieli – to postać genialnie przerysowana w swoim szaleństwie, ale idealnie pasująca do konwencji. Z kolei postacie drugoplanowe, na czele z Sasakim Ganryu, nie tylko świetnie kontrastują z Musashim (któremu niespecjalnie uśmiecha się bycie Onimushą), ale napędzają jego wewnętrzną przemianę. Sama fabuła to ostra, groteskowa i ociekająca krwią Genmy jazda bez trzymanki, która trzyma w napięciu do samych napisów końcowych, a świetnie nakreślone wątki poboczne mocno rozbudowują świat gry.

Jeśli chodzi o konstrukcję świata, twórcy zdecydowali się na świetnie zbalansowaną hybrydę. Nie mamy tu ani typowej „rynny”, ani gigantycznego, pustego otwartego świata. Około 60% czasu spędzimy w otwartym, ale kompaktowym Kioto, pełnym misji pobocznych i przydatnych znajdziek (ich szukanie realnie wpływa na rozwój bohatera!). Miasto otwiera się przed nami stopniowo, serwując nowe zadania w idealnym tempie. Mapa jest na tyle dobrze zaprojektowana i pełna punktów orientacyjnych, że z czasem w ogóle przestałem do niej zaglądać – a w razie czego z pomocą przychodzi subtelny, magiczny GPS w postaci mocy Oni. Pozostały czas to klasyczne, liniowe, ale bardzo rozbudowane poziomy. Są one na tyle długie (niektóre zajmują grubo ponad godzinę), że twórcy mądrze rozmieścili w nich skróty, dzięki czemu ewentualny backtracking nie jest uciążliwy.

Przejdźmy do mięsa, czyli systemu walki. Capcom oddał w nasze ręce istny arsenał możliwości, ale niczego nie narzuca. Możesz machać mieczem na oślep, ale gra szybko cię za to ukarze. Starcia przypominają taktyczne pojedynki samurajów, w których defensywa jest równie ważna co atak. Mamy ciosy szybkie i przełamujące gardę, uniki, bardzo użyteczny łuk oraz potężne bronie Oni, zasilane duszami. Największą frajdę sprawia jednak perfekcyjne parowanie i odbijanie ciosów. Nie tylko pozwala to na oszałamianie wrogów i wysysanie z nich dusz (nieocenione przy bossach!), ale też „rozgrzewa” naszą broń, drastycznie zwiększając obrażenia.

Dla graczy preferujących agresywny styl wraca kultowy Issen – zabójcza, potężna kontra wymagająca idealnego wyczucia czasu. Gdy już ją opanujecie i zaczniecie łączyć w śmiercionośne łańcuchy, satysfakcja wystrzeli w kosmos. Ciekawą nowością jest też system „starcia ostrzy”, w którym uderzenie w tej samej płaszczyźnie co wróg pozwala go wytrącić z równowagi. Każdy element walki, niezależnie czy bijemy się z szeregowym demonem, czy potężnym bossem (ostatni dał mi nieźle w kość!), działa perfekcyjnie. Capcom przygotował ponad 300 płynnych animacji, a fizyka starć, pozwalająca np. ciskać wrogami o ściany, robi ogromne wrażenie. Na ten moment jestem w stanie zaryzykować twierdzenie, że nie ma lepszej gry akcji oferującej tak dopracowany system walki, z tak satysfakcjonującym feedbackiem i prezentacją.

Na koniec zostawiłem kwestie techniczne, bo po przedpremierowym demie w sieci wylało się sporo nieuzasadnionego żalu. Porównywanie oprawy nowej Onimushy do czasów PS3 to jakiś absurd. Grę ukończyłem na PS5 Pro z wykorzystaniem technologii PSSR2 i gra wygląda po prostu zjawiskowo. Silnik RE Engine działa cuda – zero problemów z artefaktami na włosach (którymi cechuje się RE Engine na słabszych sprzętach), a modele postaci i ich mimika to absolutny top. Grałem w trybie wydajności z włączonym raytracingiem i przez całą przygodę gra zająknęła się może jeden raz. Zdecydowanie polecam ten tryb – przy tak dynamicznym systemie walki płynność to podstawa. Jest też tryb 40 FPS dla ekranów obsługujących 120Hz/VRR, ale 60 klatek robi lepszą robotę. Na osobną uwagę i pochwałę zasługują też przepiękne efekty cząsteczkowe, które nie zasłaniają ekranu w trakcie walki – ogniste wiry tworzące ściany płomieni wyglądają obłędnie.

Całość dopełnia fenomenalna warstwa audio, świetnie łącząca tradycyjne japońskie motywy z adrenalinogennym rockiem podczas starć. Dźwięk uderzającej stali to poezja. Gorąco polecam jednak włączyć japoński dubbing – angielskie głosy nie są tragedią, ale azjatycka ścieżka dźwiękowa buduje nieporównywalnie lepszy klimat i dużo lepiej oddaje charaktery postaci.

Spodziewałem się po prostu bardzo dobrej gry, a dostałem arcydzieło, które przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Onimusha: Way of the Sword to dla mnie absolutny pewniak do nagrody GOTY 2026. Capcom pokazał, że na powrót tej legendy warto było czekać równe dwadzieścia lat.

Kod do recenzji otrzymałem od wydawcy gry.

Podziel się:
Paweł Musiolik
Paweł Musiolik

Przez lata prowadziłem serwis PS3Site.pl/PSSite.com. Aktualnie znajdziecie mnie gościnnie m.in. na Gry-Online.pl i dziale rozrywkowym Allegro.

Artykuły: 118

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *